Jest deszczowa, leniwa niedziela.
Taka, podczas której można bez wyrzutów sumienia zwolnić tempo, usiąść pod kocem z kubkiem herbaty i włączyć film, który widziało się już kilka razy, ale który za każdym razem ogląda się trochę inaczej.
Tym razem wybór pada na Obrońców Galaktyki 2.
Akcja toczy się swoim rytmem, aż w pewnym momencie bohaterowie trafiają na planetę Ego – planetę-boga, będącą w pewnym sensie manifestacją doskonałości i nieograniczonych możliwości. I choć fabułę znam niemal na pamięć, tym razem moją uwagę przyciąga coś zupełnie innego.Patrzę na otoczenie.Na miękkie, organiczne kształty, które wydają się bardziej wyrastać z krajobrazu, niż być przez kogoś zaprojektowane. Na bujną roślinność, rozległe przestrzenie, naturalne światło i kolory, które trudno byłoby znaleźć w miejskiej dżungli pełnej asfaltu i ekranów.

I wtedy pojawia się myśl.Przecież filmowcy robią to od dziesięcioleci.Kiedy chcą pokazać miejsce wyjątkowe, świat, który ma budzić zachwyt, poczucie harmonii albo zwykłą ludzką tęsknotę za czymś lepszym, niemal zawsze sięgają po ten sam zestaw elementów.Nie dlatego, że wszyscy kopiują siebie nawzajem.Raczej dlatego, że intuicyjnie odwołują się do czegoś bardzo głęboko zakorzenionego w człowieku.
Wystarczy spojrzeć na Pandorę z Avatara, której krajobrazy tętnią życiem, a gigantyczne Drzewo Dusz staje się symbolem połączenia wszystkich istot. Wystarczy przypomnieć sobie Shire z Władcy Pierścieni, gdzie pagórki, ogrody i niewielkie domy wtulone w krajobraz tworzą obraz miejsca, w którym wielu z nas chciałoby spędzić resztę życia. Podobnie jest z Naboo w Gwiezdnych Wojnach, gdzie architektura współistnieje z wodą, zielenią i światłem w sposób, który sprawia wrażenie niemal naturalnego.
Choć są to światy stworzone przez różnych twórców i należą do zupełnie odmiennych historii, łączy je zaskakująco wiele.W każdym z nich natura nie jest dodatkiem do scenografii.Jest jej fundamentem.
Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej fascynuje mnie fakt, że kultura bardzo często wyprzedza naukę. To, co artyści, scenografowie i twórcy filmowi wyczuwali intuicyjnie od lat, dziś coraz częściej znajduje potwierdzenie w badaniach z zakresu psychologii środowiskowej, neuroestetyki czy projektowania biofilicznego.
Wiemy już, że kontakt z naturą może obniżać poziom stresu, wspierać regenerację uwagi, poprawiać samopoczucie, a nawet wpływać na funkcjonowanie naszego układu nerwowego. Wiemy, że naturalne światło, widok zieleni czy obecność elementów przypominających wzorce występujące w przyrodzie nie są wyłącznie kwestią estetyki, ale mogą realnie oddziaływać na nasze zdrowie i dobrostan.
Być może właśnie dlatego tak łatwo zakochujemy się w filmowych krainach. Nie tylko dlatego, że są piękne, tylko dlatego, że pobudzają wyobraźnię. Przypominają środowiska, w których człowiek przez tysiące lat ewoluował, odpoczywał, budował relacje i czuł się bezpiecznie.
Być może właśnie dlatego, kiedy próbujemy wyobrazić sobie raj, niezwykle rzadko myślimy o betonowych placach, ekranach, parkingach czy sterylnych przestrzeniach pełnych sztucznego światła. Znacznie częściej pojawia się krajobraz pełen drzew, światła przenikającego przez liście, wody odbijającej niebo i miejsc, które pozwalają jednocześnie obserwować otoczenie i czuć się jego częścią.
I może właśnie tutaj kryje się najciekawsza lekcja płynąca z tych filmowych światów.
Bo skoro od dziesięcioleci tak trafnie potrafimy wyobrażać sobie miejsca, które kojarzą nam się z harmonią, spokojem i dobrostanem, dlaczego tak rzadko tworzymy je w przestrzeniach, w których naprawdę żyjemy?
W domach, do których wracamy po długim dniu. W biurach, w których spędzamy znaczną część życia. Coraz częściej mam poczucie, że projektowanie biofiliczne nie jest trendem ani modą na większą liczbę roślin we wnętrzach.
Jest przypomnieniem czegoś, o czym jako cywilizacja zdążyliśmy częściowo zapomnieć.
Że niezależnie od tego, jak zaawansowaną technologię stworzymy, jak wysokie budynki zbudujemy i jak bardzo przyspieszy nasze życie, nasz mózg nadal pozostaje mózgiem człowieka, który przez większość swojej historii żył w bliskiej relacji z naturą.
Być może właśnie dlatego filmowe raje są tak zielone.
I być może właśnie dlatego tak dobrze się w nich czujemy.