AI zmieni zawód projektanta. Ale czy naprawdę nas zastąpi?

Od jakiegoś czasu coraz częściej słyszę pytanie, czy sztuczna inteligencja zastąpi projektantów wnętrz i architektów. I właściwie za każdym razem myślę sobie, że chyba zadajemy niewłaściwe pytanie, bo AI nie jest czymś, co dopiero nadejdzie i być może kiedyś zmieni naszą pracę. Ono już ją zmienia — i robi to znacznie szybciej, niż jeszcze kilka lat temu mogliśmy przypuszczać.

Potrafi wygenerować koncepcję wnętrza, przygotować wizualizację, znaleźć produkty, stworzyć kilka wersji tego samego pomieszczenia, pomóc w analizie dokumentacji czy wyszukiwaniu informacji. To, co jeszcze niedawno zajmowało nam kilka godzin, dzisiaj czasem możemy zrobić w kilkanaście minut. I jestem przekonana, że za chwilę możliwości te będą jeszcze większe.

Tylko że dla mnie najciekawsze pytanie brzmi zupełnie inaczej.

Jeżeli AI będzie potrafiła zrobić coraz więcej z tego, co do tej pory robił projektant, to co pozostanie naprawdę naszą kompetencją?

I paradoksalnie myślę, że odpowiedź wcale nie leży w technologii, tylko w człowieku.

Przez wiele lat w projektowaniu bardzo dużo uwagi poświęcaliśmy temu, co klientowi się podoba. Pytaliśmy o styl, kolory, materiały, oglądaliśmy inspiracje, tworzyliśmy moodboardy. Tymczasem im więcej uczę się o psychologii środowiskowej, neuroestetyce, neuroarchitekturze czy sensoryce, tym mocniej widzę, że pomiędzy tym, co człowiek mówi, że mu się podoba, a tym, czego rzeczywiście potrzebuje, może istnieć ogromna różnica.

Klient może pokazać nam pięćdziesiąt pięknych zdjęć z Pinteresta, ale nadal nie powiedzieć nam, że źle odpoczywa, że potrzebuje miejsca, w którym może się schować, że drażni go określony rodzaj światła albo że przy dużej liczbie bodźców bardzo szybko się męczy. Czasami nawet sam tego nie wie, bo przecież większość z nas nie analizuje świadomie, dlaczego w jednym wnętrzu natychmiast się rozluźnia, a z innego chce jak najszybciej wyjść.

I właśnie tutaj zaczynam widzieć przyszłość naszego zawodu.

Nie w konkurowaniu z AI o to, kto szybciej stworzy wizualizację, ale w znacznie głębszym rozumieniu człowieka, dla którego projektujemy.

Być może za kilka lat jednym z najważniejszych narzędzi projektanta nie będzie kolejny program do wizualizacji, tylko umiejętność prowadzenia naprawdę dobrej rozmowy. Takiej, podczas której nie pytamy wyłącznie: „co Ci się podoba?”, ale próbujemy dowiedzieć się: „jak żyjesz?”, „jak chcesz się tutaj czuć?”, „co Cię regeneruje?”, „co Cię przeciąża?”, „gdzie szukasz kontaktu z innymi, a gdzie potrzebujesz od nich odpocząć?”

Bo projektujemy przecież nie dla zdjęcia.

Projektujemy dla człowieka, który będzie w tej przestrzeni żył przez kolejne lata.

Paradoksalnie AI może sprawić, że projektant będzie jeszcze bardziej potrzebny

Jest jeszcze jedna rzecz, która bardzo mnie interesuje. Mamy dzisiaj dostęp do właściwie nieograniczonej liczby inspiracji, produktów i możliwości, a sztuczna inteligencja tylko tę liczbę zwiększy. Możemy poprosić ją o dziesięć wersji salonu, a za chwilę pewnie o sto.

Tylko czy naprawdę potrzebujemy stu możliwości?

Myślę, że coraz częściej będziemy potrzebowali czegoś zupełnie przeciwnego — mądrej selekcji.

Kogoś, kto spośród ogromnej liczby dostępnych rozwiązań potrafi wybrać to właściwe dla konkretnego człowieka i, co najważniejsze, potrafi powiedzieć, dlaczego właśnie to rozwiązanie jest dla niego dobre.

I tutaj dochodzimy do czegoś, o czym ostatnio bardzo dużo myślę — do odpowiedzialności projektanta.

AI może wygenerować odpowiedź, ale nie ponosi odpowiedzialności za to, jak człowiek będzie później funkcjonował w zaprojektowanej przestrzeni. Nie zna całego kontekstu jego życia, relacji, historii, potrzeb czy codziennych zachowań, jeśli sami jej tego kontekstu nie dostarczymy. Ostatecznie to człowiek interpretuje informacje, podejmuje decyzję i bierze za nią odpowiedzialność.

Dlatego mam poczucie, że w świecie coraz bardziej zaawansowanej technologii kompetencje jutra mogą okazać się zaskakująco ludzkie.

Umiejętność słuchania, obserwowania, zadawania właściwych pytań, rozumienia emocji i zachowań, odróżnienia deklarowanej zachcianki od rzeczywistej potrzeby, budowania zaufania i podejmowania świadomych decyzji stanie się równie ważna jak znajomość narzędzi technologicznych.

Może nawet ważniejsza.

Proximity is power

To zdanie zapisałam sobie ostatnio w notatniku: „Proximity is power”.

Im bardziej nasz świat będzie cyfrowy, zautomatyzowany i oparty na AI, tym większą wartość może mieć prawdziwa relacja z drugim człowiekiem. Rozmowa, podczas której ktoś rzeczywiście nas słucha. Ktoś, kto nie tylko przyjmuje odpowiedź, ale potrafi zadać kolejne pytanie. Ktoś, kto zauważy coś, czego sami jeszcze nie potrafimy nazwać.

I może właśnie dlatego nie boję się przyszłości projektowania.

Nie dlatego, że uważam, że AI niewiele zmieni. Wręcz przeciwnie — myślę, że zmieni bardzo dużo. Być może część naszej obecnej pracy po prostu przestanie istnieć.

Ale jednocześnie może zmusić nas do tego, żebyśmy wreszcie bardzo wyraźnie odpowiedzieli sobie na pytanie, czym naprawdę jest dobry projekt.

Dla mnie coraz mniej jest nim stworzenie pięknego obrazu, a coraz bardziej zrozumienie człowieka i przełożenie tej wiedzy na przestrzeń, która będzie wspierała jego codzienne funkcjonowanie, relacje, emocje i dobrostan.

I właśnie dlatego rozwijam Design for Wellbeing — bo wierzę, że przyszłość naszego zawodu będzie wymagała nie tylko znajomości nowych technologii, ale również znacznie głębszej wiedzy o człowieku.

AI będzie się rozwijać. I my również musimy.

Tylko być może nie w kierunku jeszcze szybszego projektowania.

Być może w kierunku jeszcze lepszego rozumienia ludzi, dla których projektujemy.

Czym jest projektowanie biofiliczne?

Natura we wnętrzu to znacznie więcej niż rośliny

Kiedy mówimy o projektowaniu biofilicznym, pierwszym skojarzeniem często są rośliny. Zielona ściana, duża monstera w salonie, drewno, naturalne kolory. I oczywiście wszystkie te elementy mogą być częścią biofilicznego wnętrza, ale sama idea sięga znacznie głębiej.

Projektowanie biofiliczne (biophilic design) to sposób projektowania przestrzeni wynikający z naszej potrzeby kontaktu z naturą i z właściwościami naturalnego środowiska, w którym człowiek rozwijał się przez tysiące lat. Nie chodzi więc wyłącznie o to, co widzimy. Znaczenie mają również światło, materiały, formy, dźwięki, przepływ powietrza, zmienność bodźców, widok, możliwość schronienia czy sposób, w jaki całym ciałem doświadczamy przestrzeni.

Dlatego lubię mówić o projektowaniu biofilicznym właśnie w ten sposób:

Projektowanie biofiliczne nie polega na dekorowaniu przestrzeni naturą, lecz na odtwarzaniu w niej tych cech naturalnego środowiska, z którymi człowiek pozostawał w relacji przez tysiące lat — poprzez światło, formę, materiał, zmysły i kontakt z naturą tworzymy przestrzeń, która może wspierać regulację układu nerwowego i pomagać człowiekowi powracać do równowagi.

Dlaczego natura ma dla nas tak duże znaczenie?

Człowiek nie wyewoluował w białym, zamkniętym pomieszczeniu, przy sztucznym świetle, gładkich powierzchniach i jednostajnym szumie urządzeń. Przez zdecydowaną większość naszej historii funkcjonowaliśmy w środowisku naturalnym — pełnym światła i cienia, zmienności, nieregularności, organicznych form, ruchu, dźwięków, zapachów i różnych faktur.

Dziś większość życia spędzamy we wnętrzach, ale nasza biologia nie zmieniła się równie szybko jak środowisko, które dla siebie stworzyliśmy. I właśnie w tym miejscu projektowanie biofiliczne staje się czymś znacznie ważniejszym niż trend estetyczny.

Jednym z najbardziej znanych badań pokazujących znaczenie kontaktu z naturą jest badanie Rogera Ulricha opublikowane w „Science” w 1984 roku. Pacjenci po operacji, których okna wychodziły na drzewa, w porównaniu z pacjentami patrzącymi na ceglaną ścianę mieli krótsze pobyty pooperacyjne, otrzymywali mniej negatywnych ocen w notatkach pielęgniarskich i przyjmowali mniej silnych leków przeciwbólowych.

To jedno z badań, które rozpoczęły znacznie szerszą dyskusję o tym, że środowisko, w którym przebywamy, nie jest neutralnym tłem dla naszego życia.

Projektowanie biofiliczne to nie tylko rośliny

To chyba najważniejsza rzecz, którą warto zapamiętać.

W znanym frameworku 14 Patterns of Biophilic Design Williama Browninga, Catherine Ryan i Josepha Clancy’ego rozwiązania biofiliczne zostały podzielone na trzy główne obszary: bezpośrednie doświadczenie natury (Nature in the Space), naturalne analogie (Natural Analogues) oraz sposób organizowania samej przestrzeni (Nature of the Space).

Dlatego biofiliczne może być nie tylko wnętrze pełne zieleni. 

Może nim być przestrzeń, w której wykorzystujemy naturalne, dynamiczne światło, materiały takie jak drewno czy kamień, organiczne i biomorficzne formy, obecność lub dźwięk wody, kontakt wzrokowy z naturą, naturalną zmienność bodźców, ale również odpowiednio budujemy relację pomiędzy otwartą perspektywą a poczuciem schronienia.

I właśnie ten ostatni element jest szczególnie ciekawy. Czasami przestrzeń działa na nas dobrze nie dlatego, że widzimy w niej choć jedną roślinę, ale dlatego, że jednocześnie daje nam możliwość obserwowania otoczenia i poczucie, że sami jesteśmy chronieni. To mechanizmy znacznie starsze niż współczesna architektura.

Projektujemy nie tylko to, co człowiek widzi

W swojej pracy nad Design for Wellbeing patrzę na biofilię również przez pryzmat sensoryki, neuroarchitektury i neuroestetyki. Bo wnętrza odbieramy nie tylko oczami.

Słyszymy je. Dotykamy ich. Czujemy temperaturę, ruch powietrza, fakturę materiałów i zapach. Nasz mózg nieustannie zbiera informacje o otoczeniu i ocenia je, często zanim świadomie zaczniemy zastanawiać się, czy dane miejsce nam się podoba.

Dlatego projektowanie biofiliczne jest dla mnie przede wszystkim projektowaniem relacji pomiędzy człowiekiem a środowiskiem.

Nie chodzi o to, żeby każde wnętrze zamienić w dżunglę. Chodzi o to, żeby przypomnieć sobie, dla kogo właściwie projektujemy — i że piękna przestrzeń może robić znacznie więcej niż tylko dobrze wyglądać.

Może być przestrzenią, w której po prostu lepiej nam się żyje.

Dom, który nie pozwala odpocząć. Jak wnętrze przeciąża układ nerwowy?

Czy twoje mieszkanie naprawdę pozwala ci odpocząć, czy tylko dobrze wygląda na zdjęciu?

To pytanie może wydawać się prowokacyjne, ponieważ przez lata przyzwyczajaliśmy się oceniać wnętrza przede wszystkim wzrokiem. Patrzymy na kolor ścian, kształt mebli, jakość materiałów, aktualność zastosowanych rozwiązań i zgodność całej aranżacji z określonym stylem. Znacznie rzadziej zastanawiamy się jednak nad tym, co dzieje się z nami, kiedy zamykamy drzwi, odkładamy telefon, siadamy na kanapie i próbujemy się uspokoić.

Wiele mieszkań jest dzisiaj estetycznie dopracowanych, spójnych i fotogenicznych, a mimo to ich użytkownicy nie potrafią w nich naprawdę odpocząć. Czują rozdrażnienie, trudność z koncentracją, potrzebę ciągłego poprawiania przestrzeni albo nieokreślone zmęczenie, którego nie potrafią powiązać z żadnym konkretnym elementem. Wydaje im się, że problemem jest zły kolor ściany, niewłaściwa sofa albo brak kolejnej dekoracji, podczas gdy przyczyna może leżeć znacznie głębiej, w sposobie, w jaki całe środowisko oddziałuje na układ nerwowy.

Przestrzeń wpływa na nas wcześniej, niż zdążymy świadomie ocenić, czy nam się podoba. Mózg nieustannie analizuje ilość światła, poziom hałasu, temperaturę, geometrię pomieszczenia, możliwość swobodnego poruszania się, widoczność wejścia, liczbę przedmiotów znajdujących się w polu widzenia, a także zapach, faktury i odległość od innych ludzi. Większości tych procesów nie zauważamy, ponieważ zachodzą automatycznie, jednak właśnie na ich podstawie organizm ocenia, czy środowisko jest bezpieczne, przewidywalne i sprzyjające regeneracji.

Dom nie jest więc neutralnym tłem naszego życia. Jest systemem bodźców, który przez wiele godzin każdego dnia podtrzymuje określony stan fizjologiczny. Może pomagać nam się wyciszyć, odzyskać koncentrację i poczucie kontroli, ale może również nieustannie utrzymywać organizm w subtelnym stanie gotowości, nawet jeżeli żadna pojedyncza rzecz nie wydaje się szczególnie uciążliwa.

Przeciążenie, którego nie widać

Przeciążenie sensoryczne często kojarzy się z bardzo głośnym miejscem, intensywnym światłem albo tłumem ludzi. W rzeczywistości znacznie częściej jest ono wynikiem nakładania się na siebie wielu pozornie nieistotnych bodźców, z których każdy osobno wydaje się możliwy do zaakceptowania.

Telewizor grający w tle, dźwięk pracującej zmywarki, powiadomienia telefonu, ostre światło sufitowe, przedmioty pozostawione na blacie, kilka różnych wzorów tkanin, otwarte półki, widoczne przewody, zabawki, dokumenty, intensywne zapachy i ruch innych domowników tworzą środowisko, w którym mózg nieustannie musi selekcjonować informacje. Nawet kiedy świadomie przestajemy zwracać na nie uwagę, układ nerwowy nadal wykonuje pracę związaną z ich filtrowaniem.

W dobrze zaprojektowanej przestrzeni nie chodzi więc wyłącznie o to, aby była spokojna wizualnie. Chodzi o to, aby ilość informacji, którą musi przetwarzać człowiek, była dostosowana do jego możliwości, codziennych obowiązków i indywidualnego poziomu wrażliwości.

Nie każdy potrzebuje minimalistycznego wnętrza. Dla jednej osoby puste ściany, neutralne kolory i ograniczona liczba przedmiotów będą kojące, natomiast dla innej okażą się chłodne, pozbawione znaczenia i emocjonalnie obce. Nadmierne uproszczenie przestrzeni także może obciążać, szczególnie wtedy, gdy nie odpowiada osobowości człowieka i nie daje mu poczucia zakorzenienia.

Problemem nie jest sama liczba przedmiotów, kolorów czy wzorów. Problem pojawia się wtedy, kiedy wnętrze nie ma hierarchii, a mózg nie wie, na czym zatrzymać uwagę. Jeżeli wszystko próbuje być najważniejsze, nic nie daje odpoczynku.

Piękne wnętrze może być trudne dla organizmu

Projektując mieszkania, bardzo często skupiamy się na efekcie, który będzie widoczny na wizualizacji albo zdjęciu. Tymczasem użytkownik nie ogląda swojego domu z jednego, idealnie wybranego punktu. Porusza się w nim, dotyka powierzchni, słyszy odbijające się od ścian dźwięki, obserwuje zmieniające się światło, otwiera szafki, przygotowuje posiłki i próbuje znaleźć chwilę spokoju po intensywnym dniu.

Wnętrze, które wygląda harmonijnie na obrazie, może być niewygodne w codziennym doświadczeniu. Może mieć zbyt wiele twardych powierzchni, które wzmacniają pogłos, zbyt ostre kontrasty, światło powodujące zmęczenie albo układ funkcjonalny wymagający wykonywania wielu niepotrzebnych ruchów. Może również nie zapewniać prywatności, ponieważ wszystkie strefy są całkowicie otwarte, a każda czynność jednego domownika staje się widoczna i słyszalna dla pozostałych.

Współczesne otwarte przestrzenie dobrze prezentują się na zdjęciach, ale nie zawsze odpowiadają rzeczywistym potrzebom mieszkańców. Kiedy kuchnia, jadalnia, salon, miejsce pracy i strefa zabawy znajdują się w jednym pomieszczeniu, bodźce związane z każdą z tych funkcji zaczynają się mieszać. Osoba próbująca odpocząć słyszy przygotowywanie posiłku, widzi pozostawione na stole dokumenty i jednocześnie obserwuje rzeczy, które przypominają jej o obowiązkach.

W takiej przestrzeni dom przestaje być miejscem zamknięcia pewnych procesów. Praca pozostaje widoczna po jej zakończeniu, kuchnia przypomina o sprzątaniu, a brak fizycznych lub symbolicznych granic sprawia, że organizmowi trudniej rozpoznać, kiedy zaczyna się czas regeneracji.

Układ nerwowy nie odpoczywa na polecenie

Nie możemy powiedzieć sobie: „teraz się uspokoję” i oczekiwać, że ciało natychmiast wykona to polecenie. Układ nerwowy reaguje przede wszystkim na sygnały płynące ze środowiska, dlatego regeneracja nie zależy wyłącznie od naszych intencji.

Jeżeli po całym dniu spędzonym przed ekranem wracamy do pomieszczenia o chłodnym, intensywnym świetle, z dużą liczbą kontrastów i dźwiękami urządzeń, organizm nie otrzymuje jasnego komunikatu, że może zmniejszyć czujność. Nadal znajduje się w środowisku wymagającym przetwarzania informacji.

Wieczorne światło odgrywa w tym procesie szczególną rolę. Jedno centralne źródło, szczególnie jeśli jest zbyt jasne i ma chłodną temperaturę barwową, może utrudniać stworzenie atmosfery sprzyjającej wyciszeniu. Wnętrze zaczyna przypominać przestrzeń zadaniową, nawet jeżeli znajdujemy się w salonie lub sypialni.

Światło powinno zmieniać się razem z rytmem dnia. Rano może wspierać pobudzenie i aktywność, natomiast wieczorem powinno stopniowo stawać się bardziej miękkie, lokalne i mniej intensywne. Nie jest to wyłącznie kwestia estetyki, lecz sposób komunikowania organizmowi, że kończy się czas działania.

Podobny mechanizm dotyczy dźwięku. Człowiek może przyzwyczaić się do szumu urządzeń, ruchu ulicznego albo pogłosu w pomieszczeniu i przestać świadomie zwracać na nie uwagę. Nie oznacza to jednak, że bodźce te przestają oddziaływać. Organizm nadal je rejestruje, a ciągłe filtrowanie dźwięków może zwiększać zmęczenie i obniżać zdolność koncentracji.

Bałagan jako niedokończone zadanie

Nieporządek we wnętrzu bywa przedstawiany jako problem estetyczny albo dowód braku organizacji. Tymczasem jego wpływ jest znacznie bardziej złożony, ponieważ każdy przedmiot pozostający w zasięgu wzroku może stać się nośnikiem informacji.

Stos dokumentów przypomina o pracy, ubrania pozostawione na krześle sugerują konieczność ich odłożenia, naczynia w kuchni informują o niedokończonym sprzątaniu, a przypadkowo ustawione przedmioty utrudniają szybkie zrozumienie przestrzeni. Mózg odbiera je jako otwarte procesy, które nie zostały jeszcze zamknięte.

Dlatego projektowanie przechowywania nie powinno być traktowane jako etap techniczny, wykonywany dopiero po ustaleniu stylistyki wnętrza. Jest jednym z podstawowych elementów projektowania dla dobrostanu, ponieważ pozwala ograniczyć liczbę bodźców, zmniejszyć liczbę codziennych decyzji i przywrócić użytkownikowi poczucie kontroli.

Nie chodzi o stworzenie sterylnego domu, w którym każdy przedmiot musi natychmiast zniknąć z pola widzenia. Dom powinien nosić ślady życia, ponieważ to one budują więź z miejscem. Różnica polega na tym, czy przedmioty mają swoje uzasadnienie i tworzą czytelną opowieść, czy są jedynie przypadkowym zbiorem informacji, z którymi mózg musi nieustannie sobie radzić.

Dlaczego nie istnieje jedno spokojne wnętrze

Jednym z najczęstszych błędów jest przekonanie, że wnętrze sprzyjające odpoczynkowi powinno być zawsze jasne, beżowe, minimalistyczne i inspirowane naturą. Taki obraz spokoju dobrze funkcjonuje w mediach społecznościowych, ale nie uwzględnia różnic pomiędzy ludźmi.

Każdy z nas ma inną historię, poziom wrażliwości sensorycznej, temperament i potrzebę stymulacji. Osoba, która przez cały dzień pracuje w chaotycznym i głośnym środowisku, może potrzebować domu o wyciszonej kolorystyce i ograniczonej liczbie bodźców. Ktoś, kto spędza wiele godzin w samotności i wykonuje monotonną pracę, może natomiast lepiej funkcjonować w przestrzeni bogatszej, bardziej kolorowej i dostarczającej różnorodnych doświadczeń.

Projektowanie dla układu nerwowego nie polega zatem na kopiowaniu określonej estetyki. Wymaga zrozumienia człowieka, jego rytmu dnia, sposobu odpoczywania, relacji z innymi domownikami i tego, co dzieje się z nim poza domem.

Ta sama przestrzeń może regulować jedną osobę i przeciążać drugą. Dlatego dobre projektowanie zaczyna się nie od moodboardu, lecz od rozpoznania potrzeb, które często nie są widoczne na pierwszy rzut oka.

Potrzebujemy zarówno schronienia, jak i stymulacji

Człowiek nie funkcjonuje dobrze ani w permanentnym chaosie, ani w środowisku całkowicie pozbawionym bodźców. Potrzebujemy przestrzeni, które pomagają się wyciszyć, ale również takich, które wzbudzają ciekawość, wspierają kreatywność i zachęcają do działania.

Dom powinien umożliwiać zmianę stanu, a nie utrzymywać nas przez cały dzień na jednym poziomie pobudzenia. Inaczej powinna działać sypialnia, inaczej miejsce pracy, a jeszcze inaczej strefa spotkań z bliskimi. Jeżeli wszystkie pomieszczenia mają podobne światło, kolorystykę, akustykę i poziom otwartości, przestrzeń przestaje wspierać naturalne przechodzenie pomiędzy aktywnością a regeneracją.

Szczególne znaczenie ma możliwość znalezienia schronienia. Nawet w otwartym domu potrzebujemy miejsc, w których plecy są chronione, wejście pozostaje widoczne, a skala przestrzeni daje poczucie bezpieczeństwa. Może być to fotel ustawiony w narożniku, wnęka, miejsce przy oknie albo fragment pomieszczenia symbolicznie oddzielony światłem, dywanem lub zmianą wysokości.

Nie zawsze musimy budować ściany, aby stworzyć granice. Musimy jednak projektować je świadomie, ponieważ brak możliwości wycofania się i ciągła ekspozycja na ruch innych osób mogą utrudniać regenerację, szczególnie w domach zamieszkiwanych przez większą liczbę osób.

Natura jako regulator, a nie dekoracja

Kontakt z naturą często sprowadza się w projektowaniu do ustawienia kilku roślin albo zastosowania zielonego koloru. Tymczasem biofilia nie jest stylem wnętrzarskim, lecz sposobem odpowiadania na biologiczną potrzebę kontaktu z naturalnym środowiskiem.

Znaczenie ma nie tylko obecność roślin, ale również dostęp do naturalnego światła, widok za oknem, zmienność cieni, użycie materiałów, które zachowują swoją strukturę, a także formy przypominające geometrie występujące w przyrodzie. Drewno, kamień czy len nie działają dlatego, że są modne, lecz dlatego, że dostarczają informacji sensorycznych, które są dla człowieka czytelne i zakorzenione w doświadczeniu natury.

Naturalne środowisko nigdy nie jest całkowicie jednolite, ale jego złożoność ma wewnętrzny porządek. Widzimy powtarzalność, rytm, stopniowanie i hierarchię. To właśnie odróżnia bogactwo natury od przypadkowego chaosu, który często tworzymy we wnętrzach.

Przestrzeń inspirowana naturą może więc być wielowarstwowa, lecz nadal pozostawać spokojna, ponieważ poszczególne elementy pozostają ze sobą w relacji.

Projektowanie dla dobrostanu zaczyna się od doświadczenia

W pracy nad przestrzenią nie pytam wyłącznie o to, jaki styl podoba się klientowi. Interesuje mnie to, jak wygląda jego dzień, co dzieje się z nim po wejściu do domu, gdzie najczęściej odczuwa napięcie, jak odpoczywa, czego nie chce widzieć i jakiego rodzaju bodźców mu brakuje.

To właśnie na tych pytaniach opiera się moje podejście S.E.N.S.E., które łączy sensorykę, emocje, naturę, przepływ przestrzenny i energię miejsca. Poszczególne elementy nie funkcjonują oddzielnie, ponieważ człowiek również nie doświadcza wnętrza w osobnych kategoriach. Światło wpływa na sposób postrzegania koloru, akustyka zmienia jakość rozmowy, układ mebli oddziałuje na relacje, a możliwość swobodnego poruszania się wpływa na poczucie bezpieczeństwa.

Dlatego nie wystarczy poprawić jednego elementu, jeżeli całe wnętrze wysyła sprzeczne komunikaty. Możemy zastosować kojący kolor ścian, ale jeżeli pomieszczenie pozostaje głośne, chaotyczne i źle oświetlone, efekt będzie ograniczony. Możemy kupić wygodną sofę, jednak jeżeli ustawimy ją tyłem do wejścia, część osób nadal będzie czuła subtelny dyskomfort. Możemy również wprowadzić rośliny, ale nie zastąpią one dostępu do światła dziennego ani widoku, który pozwala oczom odpocząć.

Projektowanie dla dobrostanu wymaga patrzenia na wnętrze jak na całość, w której estetyka, funkcja i reakcje organizmu pozostają ze sobą nierozerwalnie związane.

Dom powinien pomagać nam wracać do równowagi

Nie stworzymy przestrzeni, która wyeliminuje stres z naszego życia. Nie taki powinien być zresztą jej cel. Dom nie ma odcinać nas od świata ani utrzymywać w nieustannym stanie wyciszenia.

Powinien natomiast umożliwiać regulację. Po dniu pełnym bodźców musi dawać możliwość ograniczenia ich liczby, a po okresie monotonii powinien dostarczać stymulacji. Powinien pozwalać być razem, ale również chronić potrzebę samotności. Musi wspierać działanie, a jednocześnie wyraźnie sygnalizować, kiedy można już przestać działać.

Dobrze zaprojektowane wnętrze nie narzuca jednego stanu. Daje człowiekowi wybór i pomaga przechodzić pomiędzy różnymi potrzebami bez dodatkowego wysiłku.

Być może dlatego najważniejsze pytanie dotyczące domu nie brzmi: „czy jest piękny?”, ale: „co dzieje się ze mną, kiedy w nim jestem?”.

Czy moje ciało się rozluźnia, czy pozostaje w gotowości? Czy łatwiej mi się skoncentrować, czy stale coś odciąga moją uwagę? Czy przestrzeń daje mi poczucie schronienia, czy wymaga ciągłego kontrolowania otoczenia? Czy po całym dniu rzeczywiście pomaga mi wrócić do siebie?

Wnętrze nie jest biernym tłem, które kończy się wraz z zakończeniem projektu. Zaczyna działać właśnie wtedy, kiedy projektant wychodzi, a człowiek rozpoczyna w nim swoje codzienne życie.

Projektujemy wnętrza, ale później to one projektują nas.

Design for wellbeing – Jedna potrzeba, dziesiątki nazw. Czym jest projektowanie wspierające dobrostan?

Czym naprawdę jest projektowanie wspierające dobrostan i psychologia przestrzeni? Dowiedz się, jak neuroarchitektura, neuroestetyka i projektowanie biofiliczne wpływają na nasz układ nerwowy i codzienne samopoczucie. Poznaj podejście Design for wellbeing.

Czy zdarzyło Ci się kiedyś wejść do luksusowego, perfekcyjnie wykończonego wnętrza i zamiast upragnionego relaksu poczuć subtelne, trudne do wyjaśnienia napięcie? Nasze ciało reaguje na otoczenie znacznie szybciej niż nasz umysł. Projektowanie wspierające dobrostan to nie chwilowy trend czy kwestia czystej estetyki – to poparta nauką sztuka tworzenia przestrzeni, które realnie nas wspierają. Neuroarchitektura, neuroestetyka, projektowanie biofiliczne, sensoryczne czy psychologia przestrzeni to pojęcia, które próbują nazwać tę samą, fundamentalną potrzebę człowieka. Odkryj, jak podejście Design for wellbeing i świadomie ukształtowane środowisko mogą stać się Twoim codziennym narzędziem do regulacji układu nerwowego i redukcji stresu.

Jak naprawdę odbieramy przestrzeń? Ciało wie pierwsze

Pamiętam moment, w którym po raz pierwszy naprawdę zaczęłam się nad tym zastanawiać. Nie był to wcale moment związany z analizą aktualnych trendów, stylów czy palet kolorystycznych. To było bardzo subtelne, intuicyjne doświadczenie, które pojawiało się we mnie podczas wchodzenia do różnych miejsc.

Z jednej strony trafiałam na wnętrza, które na papierze wydawały się perfekcyjne – dopracowane w każdym detalu, zgodne z najnowszymi kanonami designu. A jednak coś w nich sprawiało, że nie potrafiłam się rozluźnić. Z drugiej strony bywałam w miejscach znacznie prostszych, mniej „idealnych”, które niemal natychmiast wprowadzały mnie w stan głębokiego spokoju. To tak, jakby ciało wysyłało sygnał o bezpieczeństwie i harmonii, zanim umysł zdążył go racjonalnie nazwać.

Właśnie z tej obserwacji zrodziło się moje zainteresowanie dziedzinami, które dziś funkcjonują równolegle w świecie architektury i designu. Kiedy zestawiłam je wszystkie razem na jednym slajdzie, uświadomiłam sobie, że nie patrzę na chaos pojęciowy. To był wyraźny sygnał: różne dyscypliny naukowe i projektowe próbują opisać dokładnie tę samą, podstawową potrzebę ludzką – pragnienie bezpiecznej, regenerującej i przyjaznej przestrzeni.

Neuroarchitektura, biofilia i psychologia przestrzeni – dlaczego trudno o jedną definicję?

To pytanie o definicje wracało do mnie wielokrotnie również podczas Neurodesign Forum. Temat ten pojawiał się tam w różnych kontekstach, a padające odpowiedzi wcale nie prowadziły do jednego wspólnego mianownika. Pokazywały raczej, jak niezwykle szerokie, wielowymiarowe i fascynujące jest to zagadnienie.

  • Jedni uczestnicy forum skupiali się na pracy mózgu i procesach poznawczych (neurodesign i neuroarchitektura).
  • Inni koncentrowali się na emocjach, zmysłach i doświadczeniu estetycznym (neuroestetyka oraz projektowanie sensoryczne).
  • Jeszcze inni wskazywali na naszą biologiczną relację z naturą (projektowanie biofiliczne) lub na aspekty zdrowotne i regeneracyjne (projektowanie salutogenne).

Każda z tych perspektyw jest jednocześnie w pełni trafna i… niepełna. Z czasem zrozumiałam, że ta różnorodność pojęciowa to nie błąd, który należy na siłę uprościć i zamknąć w jednej definicji. To naturalna konsekwencja faktu, że człowiek nie funkcjonuje w jednej, wyizolowanej warstwie doświadczenia. Nasze codzienne reakcje na otoczenie są efektem nakładających się na siebie, skomplikowanych procesów biologicznych, emocjonalnych i poznawczych.

W tym miejscu kluczową rolę odgrywa dla mnie psychologia środowiskowa (którą coraz częściej nazywam po prostu psychologią przestrzeni). Nie narzuca ona jednej, sztywnej metody projektowej. Zamiast tego pozwala nam zrozumieć, w jaki sposób środowisko fizyczne wpływa na nasze zachowanie, podejmowane decyzje i ogólne samopoczucie. Stanowi ona idealny pomost między twardą nauką a intuicyjną praktyką projektową.

Dlaczego wybrałam podejście Design for wellbeing?

W swojej pracy jako projektantka świadomie zdecydowałam się na posługiwanie się terminem Design for wellbeing. Dlaczego? Ponieważ to określenie nie zamyka mnie w granicach tylko jednej metodologii. Pozwala mi swobodnie i holistycznie łączyć różne dziedziny wiedzy w spójną, funkcjonalną całość. To nie jest wyłącznie kwestia wyboru językowego – to spójna filozofia traktowania człowieka i przestrzeni jako systemu naczyń połączonych.

Wdrażając autorską metodologię, którą szerzej rozwijam w moim programie szkoleniowym Design for wellbeing, korzystam z dorobku wielu nauk:

  1. Neuroestetyka – uczy nas, że zanim zdążymy racjonalnie ocenić dane wnętrze, najpierw głęboko je czujemy.
  2. Neuroarchitektura – dostarcza dowodów na to, jak struktura budynku i układ pomieszczeń wpływają na nasz mózg i codzienne zachowania.
  3. Projektowanie biofiliczne (Biophilic Design) – odpowiada na naszą ewolucyjnie i biologicznie zakorzenioną potrzebę bliskiego kontaktu z naturą.
  4. Projektowanie sensoryczne – pozwala na świadome, uważne kształtowanie bodźców (dotykowych, słuchowych, wzrokowych), jakie odbiera nasze ciało.
  5. Projektowanie salutogenne – koncentruje się bezpośrednio na czynnikach wspierających zdrowie, odporność i aktywną regenerację organizmu.
  6. Neurodesign – integruje wiedzę z obszaru neuronauki z praktycznymi narzędziami projektowymi.

Równie istotnym filarem moich działań jest aspekt relacyjny, który nazywam Design for connection. Przestrzeń nigdy nie istnieje w próżni – zawsze funkcjonuje w kontekście relacji. To relacja z innymi ludźmi, z danym miejscem, ale też ta najważniejsza: relacja z samym sobą. Dopiero gdy połączymy te wszystkie elementy, wyłania się pełny obraz projektowania, które przestaje być jedynie zbiorem technicznych narzędzi, a staje się głębokim procesem rozumienia człowieka.

Jak nasze zmysły i układ nerwowy odczytują wnętrza?

To, co najbardziej fascynuje mnie w psychologii przestrzeni, to moment pierwotnego kontaktu z wnętrzem. Pierwsza reakcja nie zachodzi w naszej korze mózgowej – nie analizujemy wtedy stylu mebli, kompozycji czy prestiżu materiałów. Ta reakcja zachodzi na poziomie somatycznym, w ciele i w autonomicznym układzie nerwowym.

Gdy przekraczamy próg pomieszczenia, podświadomie i natychmiastowo reagujemy na:

  • Światło – które może być miękkie i otulające (sprzyjające wyciszeniu) lub ostre i chłodne (stymulujące do działania).
  • Dźwięk i akustykę – budujące tło akustyczne, które bezpośrednio decyduje o poziomie naszego wewnętrznego napięcia i stresu.
  • Materiały i tekstury – których fakturę, miękkość czy temperaturę nasze receptory w skórze odczytują szybciej, niż zdążymy o nich pomyśleć.
  • Zapachy – zdolne w ułamku sekundy aktywować układ limbiczny, przywołując poczucie głębokiego bezpieczeństwa lub alarmując o zagrożeniu.

Niezwykle ważne są także proporcje przestrzeni oraz jej ogólna struktura. Decydują one o tym, czy podświadomie czujemy się chronieni i osadzeni (potrzeba schronienia, tzw. refuge), czy też wystawieni na widok i pozbawieni punktów oparcia. Poziom uporządkowania lub wizualnego chaosu bezpośrednio przekłada się na naszą zdolność do koncentracji, pracy głębokiej oraz efektywnego odpoczynku. W psychologii przestrzeni określamy to jako całościowe, synergiczne oddziaływanie środowiska na dobrostan człowieka.

Teoria poliwagalna w projektowaniu wnętrz

W kontekście fizjologicznego wymiaru designu niezwykle bliska jest mi teoria poliwagalna (opracowana przez dr. Stephena Porgesa). Zakłada ona, że nasz układ nerwowy nieustannie prowadzi proces tzw. neurocepcji – bez udziału naszej świadomości skanuje otoczenie w poszukiwaniu sygnałów bezpieczeństwa lub zagrożenia.

Oznacza to, że odpowiednio zaprojektowane wnętrze może aktywnie wspierać proces samoregulacji. Może zapraszać nasz układ nerwowy do przejścia w stan zaangażowania społecznego i relaksu (aktywacja przywspółczulna). I odwrotnie – przestrzeń pełna chaosu, nadmiaru bodźców, złej akustyki lub zimnego oświetlenia może utrzymywać nas w chronicznym stanie walki lub ucieczki (aktywacja współczulna), nawet jeśli sami nie potrafimy wskazać bezpośredniej przyczyny naszego zmęczenia.

To właśnie w tym punkcie projektowanie wnętrz przestaje być wyłącznie estetycznym kaprysem. Staje się realnym, namacalnym narzędziem mającym wpływ na jakość naszego życia, zdrowie psychiczne i codzienne funkcjonowanie. To, co nas otacza fizycznie, bardzo szybko staje się integralną częścią naszego wewnętrznego krajobrazu.

Świadomie kształtuj swoją przestrzeń

Najbardziej inspirujące w tym wszystkim jest to, że przestrzeń nie jest czymś stałym i niezmiennym. To plastyczne narzędzie, które towarzyszy nam każdego dnia i na które mamy realny, bezpośredni wpływ. Możemy świadomie decydować o tym, jakie bodźce zapraszamy do swojego domu czy biura, bezpośrednio wpływając na to, jak się czujemy, jak pracujemy i jak głęboko regenerujemy się po intensywnym dniu. Zachęcam Cię do zobaczenia, jak te zasady przekładają się na rzeczywistość, przeglądając portfolio moich projektów wnętrz.

Design for wellbeing nie jest dla mnie kolejną przemijającą modą sezonową. To naturalny, konieczny kierunek ewolucji współczesnego projektowania wnętrz, wynikający z coraz głębszej świadomości tego, jak nierozerwalnie jesteśmy połączeni z naszym otoczeniem.

Możemy posługiwać się wieloma naukowymi nazwami, ale na samym końcu wszystkie one prowadzą nas dokładnie do tego samego punktu: do bezpośredniego, żywego doświadczenia człowieka w przestrzeni. I to właśnie to doświadczenie stanowi ostateczne, najważniejsze kryterium prawdziwej jakości każdego projektu.

Samotność w przestrzeni. Jak projektowanie wnętrz może wspierać relacje i dobrostan?

Po kongresie ReMind wróciłam z głową pełną myśli, ale jedna z nich została ze mną szczególnie mocno. Przez trzy dni miałam możliwość być częścią wydarzenia, które zgromadziło psychologów, psychiatrów, psychoterapeutów, lekarzy, badaczy i specjalistów wielu dziedzin, ludzi nauki i praktyki, którzy z różnych perspektyw opowiadali o współczesnym człowieku, jego przeciążeniu, zdrowiu psychicznym, relacjach, traumie, stresie, regulacji emocji i jakości życia.

I chociaż każde wystąpienie miało inny język, inny punkt ciężkości i inną specjalizację, jeden temat powracał z niezwykłą regularnością. Samotność.

Nie samotność rozumiana jako świadomie wybrana cisza, której wszyscy czasem potrzebujemy. Nie jako piękny moment bycia ze sobą, filiżanka kawy wypita w spokoju, spacer bez telefonu, chwila oddechu po intensywnym dniu. Ale samotność jako doświadczenie odłączenia, jako brak głębokiego kontaktu, jako poczucie, że jestem wśród ludzi, ale niekoniecznie naprawdę z ludźmi.

To rozróżnienie jest bardzo ważne, bo samotność nie zawsze oznacza fizyczne bycie samemu. Można być samotnym w dużym mieście, w rodzinie, w związku, w biurze, w szkole, w domu pełnym ludzi, w mieszkaniu zaprojektowanym pięknie, ale tak, że codzienność nie tworzy okazji do prawdziwego spotkania. Można siedzieć obok siebie na jednej sofie, patrzeć w ten sam ekran, mieszkać pod jednym dachem i jednocześnie nie mieć przestrzeni, w której rozmowa wydarza się naturalnie, bez wysiłku, bez napięcia, bez poczucia, że komuś przeszkadzamy.

Samotność jako jedno z największych wyzwań współczesnego człowieka

Podczas ReMind psychiatrzy mówili o samotności jako o czynniku, który realnie wpływa na zdrowie psychiczne i fizyczne. W kontekście badań pojawiały się depresja, lęk, choroby sercowo-naczyniowe, zaburzenia snu, pogorszenie funkcji poznawczych, większe ryzyko przedwczesnej śmierci, a także ogólne osłabienie odporności psychicznej człowieka.

Światowa Organizacja Zdrowia coraz mocniej wskazuje, że samotność i izolacja społeczna mają poważny wpływ na długość życia, zdrowie fizyczne i psychiczne, między innymi w kontekście chorób sercowo-naczyniowych, cukrzycy typu 2, depresji i lęku. WHO podaje również, że samotność wiąże się globalnie z ogromną liczbą przedwczesnych zgonów, dlatego zdrowie społeczne przestaje być tematem miękkim, a staje się jednym z kluczowych obszarów rozmowy o dobrostanie człowieka.

Podobnie amerykański Surgeon General w raporcie o epidemii samotności i izolacji społecznej wskazywał, że brak więzi społecznych może zwiększać ryzyko przedwczesnej śmierci w stopniu porównywalnym z paleniem do 15 papierosów dziennie. To porównanie jest mocne, ale ważne, bo pokazuje, że relacje nie są dodatkiem do zdrowia. One są jednym z jego fundamentów.

Dla mnie, jako projektantki wnętrz, edukatorki i osoby zajmującej się Design for Wellbeing, to był moment bardzo mocnego zatrzymania.

Bo jeżeli samotność nie jest tylko emocją, ale stanem, który wpływa na ciało, układ nerwowy, zachowania, zdrowie i jakość życia, to nie możemy dalej projektować przestrzeni tak, jakby była wyłącznie dekoracją codzienności.

Przestrzeń nie jest tłem, ona organizuje nasze życie.

Wpływa na to, czy się mijamy, czy się spotykamy. Czy siadamy razem, czy każdy ucieka w swoją stronę. Czy rozmowa jest naturalna, czy wymaga wysiłku. Czy ciało czuje się bezpiecznie w kontakcie z drugim człowiekiem, czy jest przeciążone bodźcami. Czy dom wspiera relacje, czy nieświadomie wzmacnia dystans.

Nie chodzi o to, żeby powiedzieć, że sofa leczy samotność, a stół rozwiązuje kryzys więzi społecznych. To byłoby zbyt proste i nieuczciwe. Samotność jest zjawiskiem złożonym: psychologicznym, społecznym, ekonomicznym, kulturowym i zdrowotnym. Ale przestrzeń może tworzyć warunki, które albo ułatwiają kontakt, albo go utrudniają. Może delikatnie zapraszać ludzi do bycia razem albo sprawiać, że nawet mieszkając blisko siebie, funkcjonujemy obok siebie.

I właśnie tutaj zaczyna się nasza odpowiedzialność jako projektantów.

Salon, który wspiera rozmowę, a nie tylko oglądanie ekranu

Jednym z najprostszych przykładów jest salon, czyli pomieszczenie, które teoretycznie ma być centrum życia rodzinnego, miejscem spotkania, odpoczynku, rozmowy, wspólnego czasu. A jednak przez lata bardzo często projektowaliśmy salony według jednego dominującego schematu: sofa naprzeciwko telewizora, stolik kawowy pośrodku, cała kompozycja skierowana w stronę ekranu.

Oczywiście telewizor nie jest problemem samym w sobie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ekran staje się osią całej relacji domowników. Kiedy meble są ustawione tak, że ciało człowieka naturalnie kieruje się nie ku drugiej osobie, ale ku urządzeniu. Kiedy siedzimy obok siebie, ale nie naprzeciw siebie. Kiedy rozmowa wymaga odwrócenia głowy, oderwania wzroku, przerwania czegoś, co stało się domyślnym scenariuszem tego miejsca.

A przecież komunikacja nie dzieje się tylko przez słowa. Rozmowa to także kontakt wzrokowy, ułożenie ciała, mikrogesty, wyraz twarzy, ton głosu, rytm oddechu, poczucie, że ktoś jest naprawdę obecny. Kiedy jesteśmy zwróceni całym ciałem w stronę rozmówcy, łatwiej nam go słyszeć, ale też łatwiej nam go zauważyć. Łatwiej wychwycić emocję, zawahanie, zmęczenie, radość, smutek. Łatwiej być w relacji, a nie tylko w jednym pomieszczeniu.

Dlatego tak często powtarzam, że układ funkcjonalny nie jest tylko technicznym rysunkiem mebli. To jest zapis przyszłych zachowań.

Jeżeli ustawiamy dwie sofy naprzeciwko siebie, jeśli dodajemy fotele skierowane do środka kompozycji, jeśli tworzymy miejsce, w którym ludzie mogą na siebie patrzeć, rozmawiać, śmiać się, milczeć, pić herbatę, być razem bez presji, to nie projektujemy wyłącznie salonu. Projektujemy potencjał spotkania.

Właśnie dlatego w projektowaniu wnętrz dla dobrostanu tak ważne jest myślenie nie tylko o tym, jak pomieszczenie wygląda na zdjęciu, ale jakie zachowania będzie wspierało na co dzień. Czy zaprosi ludzi do rozmowy, czy ustawi ich bokiem do siebie. Czy pomoże im się zatrzymać, czy będzie kolejną przestrzenią, przez którą tylko przechodzą. Czy będzie wspierać relacje, czy subtelnie wzmacniać samotność.

Stół jako codzienny rytuał bliskości

Podobnie jest ze stołem.

Stół jest jednym z najbardziej niedocenianych narzędzi budowania więzi. W wielu współczesnych mieszkaniach jadalnia znika albo zostaje zredukowana do niewielkiego blatu, wyspy, przypadkowego miejsca, przy którym każdy je trochę osobno, trochę w biegu, trochę przy telefonie. Oczywiście metraż, rytm pracy i styl życia często wymuszają kompromisy, ale nawet w małej przestrzeni warto pamiętać, że miejsce wspólnego posiłku nie jest luksusem. Jest jednym z najprostszych rytuałów relacji.

Bo stół nie jest tylko meblem.

Stół jest rytuałem.

To przy stole dzień może się na chwilę zatrzymać. To tam dziecko może opowiedzieć coś, czego nie powie w przejściu między pokojem a łazienką. To tam para może odzyskać kontakt po dniu, w którym oboje funkcjonowali w osobnych światach. To tam gość zostaje dłużej, bo przestrzeń nie wypycha go dalej, tylko mówi: usiądź, jesteś mile widziany.

W Design for Wellbeing interesuje mnie właśnie ta warstwa przestrzeni, której często nie widać na pierwszym zdjęciu, ale którą bardzo mocno czuć w codziennym życiu. To, czy światło przy stole jest miękkie i przyjemne, czy zbyt ostre i techniczne. Czy krzesła są wygodne na tyle, żeby rozmowa mogła potrwać. Czy akustyka pozwala słyszeć się bez podnoszenia głosu. Czy odległości między ludźmi są naturalne. Czy kuchnia i jadalnia nie są tylko funkcją, ale miejscem tworzenia więzi.

To samo dotyczy przestrzeni publicznych, uczelni, hoteli, szpitali, domów seniora, miejsc pracy. Jeżeli projektujemy hol, w którym nie ma gdzie usiąść, projektujemy przechodzenie, nie spotkanie. Jeżeli projektujemy korytarz bez światła, zieleni, rytmu, skali i punktów zatrzymania, projektujemy tranzyt, nie obecność. Jeżeli projektujemy biuro, w którym są tylko stanowiska pracy i sale konferencyjne, ale nie ma miejsc pośrednich, gdzie rozmowa może wydarzyć się naturalnie, projektujemy wydajność, ale niekoniecznie relacje.

A człowiek potrzebuje relacji nie jako dodatku, ale jako jednego z warunków zdrowia.

Pozytywna samotność, czyli przestrzeń do regeneracji

Jednocześnie bardzo ważne jest, aby nie pomylić projektowania przeciwko samotności z projektowaniem przymusu bycia razem. To byłby błąd, szczególnie dzisiaj, kiedy jesteśmy przebodźcowani, zmęczeni, nieustannie dostępni, wystawieni na hałas, ekrany, powiadomienia, tempo, oczekiwania i nadmiar interakcji, które często nie są prawdziwym kontaktem, tylko kolejną warstwą obciążenia.

Dlatego równie ważne jak projektowanie miejsc spotkania jest projektowanie miejsc wycofania.

Bardzo poruszyła mnie w tym kontekście myśl Erin Peavey, architektki i autorki zajmującej się projektowaniem dla zdrowia społecznego, która pisze o potrzebie projektowania pozytywnej samotności. To pojęcie jest niezwykle ważne, bo pokazuje, że nie każda samotność jest cierpieniem. Czasem bycie samemu jest dokładnie tym, czego potrzebuje nasz układ nerwowy, żeby się zregulować, odzyskać energię, usłyszeć własne myśli i wrócić do ludzi z większą obecnością. Peavey opisuje przestrzenie sprzyjające pozytywnej samotności jako te, które pomagają spowolnić ciało i umysł, między innymi przez kontakt z naturą, zmienne światło, meandrujące ścieżki i łagodną fascynację, czyli taki rodzaj bodźców, które regenerują uwagę zamiast ją przeciążać.

Negatywna samotność jest doświadczeniem odłączenia.

Pozytywna samotność jest wyborem.

To cichy kącik przy oknie. Fotel ustawiony tak, że można patrzeć na drzewa. Ławka w cieniu. Wnęka z miękkim światłem. Mała biblioteka. Ogród zimowy. Fragment korytarza, który nie jest tylko komunikacją, ale miejscem oddechu. Cisza, która nie izoluje, ale regeneruje.

I tutaj projektowanie zaczyna dotykać bardzo subtelnej, ale fundamentalnej potrzeby człowieka: potrzeby wyboru. Bo zdrowa przestrzeń nie zmusza nas ani do nieustannej ekspozycji społecznej, ani do izolacji. Zdrowa przestrzeń daje możliwość przechodzenia między kontaktem a wycofaniem, między rozmową a ciszą, między byciem z innymi a byciem ze sobą.

Relacje potrzebują regulacji układu nerwowego

W psychologii środowiskowej i projektowaniu biofilicznym często pojawia się pojęcie „prospect and refuge”, czyli potrzeba jednoczesnego poczucia widoku i schronienia. Lubimy miejsca, z których możemy obserwować przestrzeń, ale jednocześnie nie czujemy się w nich wystawieni. Dlatego tak dobrze działają wnęki, nisze, fotele ustawione przy ścianie, miejsca częściowo osłonięte, ale nie zamknięte. To są przestrzenie, w których ciało może odpuścić czujność, bo ma poczucie kontroli, bezpieczeństwa i wyboru.

Podobnie działa natura. Rośliny, widok zieleni, naturalne światło, drewno, woda, organiczne formy, zmienność światła w ciągu dnia, miękkie tekstury i sensoryczne niuanse potrafią wspierać stan, który badacze uwagi opisują jako soft fascination — łagodną fascynację, czyli taki rodzaj kontaktu z otoczeniem, który nie przeciąża, ale delikatnie regeneruje naszą uwagę. Natura nie krzyczy do nas jak ekran. Nie domaga się natychmiastowej reakcji. Pozwala patrzeć, oddychać, odpływać myślom i wracać do siebie.

Dlatego projektując przestrzenie wspierające relacje, nie możemy zapominać o regulacji układu nerwowego. Człowiek przeciążony, zestresowany, przestymulowany hałasem, ostrym światłem, chaosem wizualnym, brakiem prywatności i zbyt dużą intensywnością bodźców nie zawsze ma zasoby, żeby wejść w kontakt. Czasem zanim stworzymy warunki do rozmowy, musimy stworzyć warunki do wyciszenia ciała.

To jest dla mnie jeden z najważniejszych wniosków z projektowania dla dobrostanu: relacje nie wydarzą się naprawdę w przestrzeni, która cały czas utrzymuje człowieka w napięciu.

Możemy zaprojektować piękną wspólną część, ale jeśli będzie zbyt głośna, zbyt jasna, zbyt otwarta, zbyt zimna, zbyt twarda, zbyt chaotyczna, ludzie będą z niej uciekać albo będą w niej obecni tylko fizycznie. Możemy postawić duży stół, ale jeśli nad nim świeci agresywne światło, krzesła są niewygodne, a akustyka sprawia, że rozmowa męczy, to ten stół nie będzie budował więzi. Możemy stworzyć reprezentacyjny hol, ale jeśli nie ma w nim skali człowieka, miejsca zatrzymania, zieleni i poczucia bezpieczeństwa, będzie bardziej przestrzenią przejścia niż przestrzenią spotkania.

Dlatego projektowanie przeciwko samotności zaczyna się dużo wcześniej niż od wyboru mebli.

Zaczyna się od zrozumienia, że człowiek nie jest abstrakcyjnym użytkownikiem rzutu, ale żywym organizmem, który odbiera przestrzeń przez ciało, zmysły i układ nerwowy. Że jego zachowania nie wynikają tylko z intencji, ale także z tego, co przestrzeń mu ułatwia, a co utrudnia. Że czasem ludzie nie rozmawiają ze sobą nie dlatego, że nie chcą, ale dlatego, że ich codzienne środowisko nie tworzy dla tej rozmowy naturalnej sceny.

Design for Wellbeing jako projektowanie scenariuszy bliskości

Jako projektanci możemy projektować scenariusze bliskości.

Możemy ustawiać meble tak, żeby ciało naturalnie kierowało się ku drugiemu człowiekowi. Możemy tworzyć stoły, przy których chce się zostać. Możemy dbać o akustykę, bo nie ma dobrej rozmowy tam, gdzie trzeba walczyć z hałasem. Możemy projektować światło, które uspokaja, a nie pobudza. Możemy wprowadzać naturę, bo pomaga ciału wracać do równowagi. Możemy tworzyć małe miejsca zatrzymania w dużych przestrzeniach. Możemy projektować kuchnie, jadalnie, poczekalnie, hole, recepcje, biblioteki, korytarze i ogrody tak, aby nie były tylko funkcją, ale zaproszeniem do obecności.

Możemy też pamiętać, że człowiek potrzebuje zarówno innych ludzi, jak i chwil samotności, ale samotności dobrej, wybranej, wspierającej, regenerującej. Takiej, która nie jest wykluczeniem, tylko oddechem. Takiej, po której łatwiej wrócić do świata, do rozmowy, do relacji.

To jest dla mnie bardzo głęboki sens Design for Wellbeing.

Nie chodzi o to, żeby projektować wnętrza, które są tylko piękne. Piękno jest ważne, ale nie wystarcza. Chodzi o to, żeby projektować przestrzenie, które rozumieją człowieka — jego potrzebę bezpieczeństwa, relacji, odpoczynku, regulacji, przynależności i sensu.

Po Re_ Mind jeszcze mocniej czuję, że projektowanie wnętrz, architektura i urbanistyka nie mogą być oddzielone od rozmowy o zdrowiu psychicznym. Nie jesteśmy psychoterapeutami i nie powinniśmy udawać, że przestrzeń zastąpi relację, leczenie, wspólnotę czy wsparcie społeczne. Ale możemy projektować miejsca, które nie dokładają człowiekowi ciężaru. Możemy projektować miejsca, które nie wzmacniają izolacji. Możemy projektować miejsca, które delikatnie otwierają możliwość spotkania.

Czasem przestrzeń mówi: przejdź dalej.

Czasem mówi: nie zatrzymuj się tutaj.

Czasem mówi: każdy osobno.

Ale może też powiedzieć coś zupełnie innego.

Zostań i usiądź. Odpocznij. Porozmawiaj z bliskimi.  Jesteś mile widziany.

I może właśnie od takich cichych komunikatów zaczyna się projektowanie świata, w którym człowiekowi trochę łatwiej jest nie być samemu.

Co filmy science-fiction mają wspólnego z biofilią?

Jest deszczowa, leniwa niedziela.

Taka, podczas której można bez wyrzutów sumienia zwolnić tempo, usiąść pod kocem z kubkiem herbaty i włączyć film, który widziało się już kilka razy, ale który za każdym razem ogląda się trochę inaczej.

Tym razem wybór pada na Obrońców Galaktyki 2.

Akcja toczy się swoim rytmem, aż w pewnym momencie bohaterowie trafiają na planetę Ego – planetę-boga, będącą w pewnym sensie manifestacją doskonałości i nieograniczonych możliwości. I choć fabułę znam niemal na pamięć, tym razem moją uwagę przyciąga coś zupełnie innego. Patrzę na otoczenie. Na miękkie, organiczne kształty, które wydają się bardziej wyrastać z krajobrazu, niż być przez kogoś zaprojektowane. Na bujną roślinność, rozległe przestrzenie, naturalne światło i kolory, które trudno byłoby znaleźć w miejskiej dżungli pełnej asfaltu i ekranów.

I wtedy pojawia się myśl. Przecież filmowcy robią to od dziesięcioleci. Kiedy chcą pokazać miejsce wyjątkowe, świat, który ma budzić zachwyt, poczucie harmonii albo zwykłą ludzką tęsknotę za czymś lepszym, niemal zawsze sięgają po ten sam zestaw elementów. Nie dlatego, że wszyscy kopiują siebie nawzajem. Raczej dlatego, że intuicyjnie odwołują się do czegoś bardzo głęboko zakorzenionego w człowieku.

Wystarczy spojrzeć na Pandorę z Avatara, której krajobrazy tętnią życiem, a gigantyczne Drzewo Dusz staje się symbolem połączenia wszystkich istot. Wystarczy przypomnieć sobie Shire z Władcy Pierścieni, gdzie pagórki, ogrody i niewielkie domy wtulone w krajobraz tworzą obraz miejsca, w którym wielu z nas chciałoby spędzić resztę życia. Podobnie jest z Naboo w Gwiezdnych Wojnach, gdzie architektura współistnieje z wodą, zielenią i światłem w sposób, który sprawia wrażenie niemal naturalnego.

Choć są to światy stworzone przez różnych twórców i należą do zupełnie odmiennych historii, łączy je zaskakująco wiele.W każdym z nich natura nie jest dodatkiem do scenografii.Jest jej fundamentem.

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej fascynuje mnie fakt, że kultura bardzo często wyprzedza naukę. To, co artyści, scenografowie i twórcy filmowi wyczuwali intuicyjnie od lat, dziś coraz częściej znajduje potwierdzenie w badaniach z zakresu psychologii środowiskowej, neuroestetyki czy projektowania biofilicznego.

Wiemy już, że kontakt z naturą może obniżać poziom stresu, wspierać regenerację uwagi, poprawiać samopoczucie, a nawet wpływać na funkcjonowanie naszego układu nerwowego. Wiemy, że naturalne światło, widok zieleni czy obecność elementów przypominających wzorce występujące w przyrodzie nie są wyłącznie kwestią estetyki, ale mogą realnie oddziaływać na nasze zdrowie i dobrostan.

Być może właśnie dlatego tak łatwo zakochujemy się w filmowych krainach. Nie tylko dlatego, że są piękne, tylko dlatego, że pobudzają wyobraźnię. Przypominają środowiska, w których człowiek przez tysiące lat ewoluował, odpoczywał, budował relacje i czuł się bezpiecznie.

Być może właśnie dlatego, kiedy próbujemy wyobrazić sobie raj, niezwykle rzadko myślimy o betonowych placach, ekranach, parkingach czy sterylnych przestrzeniach pełnych sztucznego światła. Znacznie częściej pojawia się krajobraz pełen drzew, światła przenikającego przez liście, wody odbijającej niebo i miejsc, które pozwalają jednocześnie obserwować otoczenie i czuć się jego częścią.

I może właśnie tutaj kryje się najciekawsza lekcja płynąca z tych filmowych światów.

Bo skoro od dziesięcioleci tak trafnie potrafimy wyobrażać sobie miejsca, które kojarzą nam się z harmonią, spokojem i dobrostanem, dlaczego tak rzadko tworzymy je w przestrzeniach, w których naprawdę żyjemy?

W domach, do których wracamy po długim dniu. W biurach, w których spędzamy znaczną część życia. Coraz częściej mam poczucie, że projektowanie biofiliczne nie jest trendem ani modą na większą liczbę roślin we wnętrzach.

Jest przypomnieniem czegoś, o czym jako cywilizacja zdążyliśmy częściowo zapomnieć.

Że niezależnie od tego, jak zaawansowaną technologię stworzymy, jak wysokie budynki zbudujemy i jak bardzo przyspieszy nasze życie, nasz mózg nadal pozostaje mózgiem człowieka, który przez większość swojej historii żył w bliskiej relacji z naturą.

Być może właśnie dlatego filmowe raje są tak zielone.

I być może właśnie dlatego tak dobrze się w nich czujemy.

Piękno to nie luksus. Jak przestrzeń wpływa na mózg, emocje i wellbeing?

Czy zastanawiacie się czasem, dlaczego w niektórych miejscach niemal natychmiast zaczynamy czuć się dobrze?

Jeszcze zanim usiądziemy i świadomie zaczniemy analizować przestrzeń bądź oceniać, czy dane wnętrze nam się podoba. Czasem wystarczy kilka sekund — światło wpadające przez okno, zapach drewna, miękkość materiałów albo widok drzew poruszających się za szybą — i nagle coś w naszym ciele zaczyna się zmieniać. Oddech staje się spokojniejszy, napięcie powoli opada, a organizm, często po wielu godzinach przeciążenia, po raz pierwszy od dawna zaczyna się rozluźniać.

Od wielu lat obserwuję to zarówno w swojej pracy projektowej, jak i podczas własnych doświadczeń związanych z przestrzenią. Wchodząc do setek mieszkań, domów, hoteli, biur czy przestrzeni publicznych zauważyłam pewną powtarzalność. Niektóre miejsca niemal natychmiast wywołują poczucie spokoju, bezpieczeństwa i komfortu. Inne, mimo że są piękne, modne i perfekcyjnie dopracowane, pozostawiają po sobie trudne do nazwania napięcie.

Przez długi czas próbowałam zrozumieć, skąd bierze się ta różnica. Dlaczego jedne wnętrza pozwalają nam odetchnąć, a inne sprawiają, że organizm pozostaje w stanie subtelnej czujności. Odpowiedzi zaczęłam znajdować dopiero wtedy, gdy moje zainteresowania zawodowe zaczęły wychodzić poza samą estetykę i funkcjonalność, obejmując również neuroestetykę, psychologię środowiskową, projektowanie biofiliczne, neuroarchitekturę oraz wpływ przestrzeni na układ nerwowy człowieka.

Dziś coraz lepiej rozumiemy, że to nie samo „ładne wnętrze” porusza nas najmocniej. Znacznie ważniejsze jest to, jak czujemy się w jego obecności. Czy organizm odbiera je jako bezpieczne, wspierające i regenerujące. Czy pozwala choć na chwilę wyjść ze stanu ciągłej gotowości i odzyskać równowagę.

Przez lata nauczyliśmy się traktować estetykę jak coś dodatkowego. Miły dodatek do życia. Coś, czym można zajmować się dopiero wtedy, kiedy wszystkie „ważniejsze” potrzeby zostaną już spełnione. A przecież nasz mózg nigdy nie oddzielał estetyki od biologii tak mocno, jak zrobiła to współczesna kultura. Dla niego przestrzeń nie jest wyłącznie tłem codzienności. Jest środowiskiem, które organizm nieustannie odczytuje i interpretuje, nawet wtedy, kiedy nie robimy tego świadomie. Reagujemy na światło, proporcje, ilość bodźców, dźwięki, kolory czy obecność natury znacznie szybciej, niż jesteśmy w stanie pomyśleć: „dobrze się tutaj czuję”.

Właśnie dlatego coraz częściej mówi się dziś o wpływie projektowania wnętrz na zdrowie psychiczne, poziom stresu oraz codzienny wellbeing.

Przestrzeń wpływa na nas znacznie szybciej, niż jesteśmy tego świadomi. Zanim zdążymy ocenić, czy dane wnętrze nam się podoba, nasz mózg i układ nerwowy analizują światło, dźwięki, proporcje, kolory, materiały oraz obecność natury, dzieje się to już na podswiadomym poziomie percepcji i emocji.

To właśnie te elementy mogą wpływać na poziom stresu, koncentrację, poczucie bezpieczeństwa i zdolność do regeneracji. Badania z obszaru neuroestetyki, neuroarchitektury i psychologii przestrzeni pokazują, że dobrze zaprojektowane otoczenie oddziałuje nie tylko na nasze emocje, ale również na sposób funkcjonowania całego organizmu. Przestrzeń nie jest jedynie tłem codzienności. Jest środowiskiem, które każdego dnia wpływa na nasze samopoczucie. Choć często tego nie zauważamy, nieustannie prowadzi dialog z naszym układem nerwowym.  Dziś patrzę na projektowanie nie jak na sztukę tworzenia pięknych wnętrz, lecz jak na proces świadomego kształtowania środowiska dla człowieka, które może wspierać zdrowie, równowagę i dobrostan. Takiego, w którym człowiek nie tylko zachwyca się przestrzenią, ale po prostu dobrze się w niej czuje.